piątek, 25 listopada 2011

Służba w zdrowiu

Miałam się nie spóźniać, więc zegar przestawiłam osiem minut do przodu. Rano spoglądam na godzinę i spieszę się  mimo wszystko. Wiem, że zegar się spieszy, ale spieszę się, żeby za osiem minut nie musieć tak się spieszyć, jak teraz się spieszę.
Pasy, ulica, idę – nikt nie jedzie. Odwracam głowę, coś mi śmignęło. Przeszłam na drugą stronę. Stary pan został, on jeszcze bada czy może, jakby u niego czas płynął wolniej. Można -  mówię do siebie. Uwaga idzie, przesuwa się w przeszłości co 1/3 swojej stopy. Przeszedł,  łzy pchają mi się do oczu. Czekam, żeby nie zostawić go na tym przystanku. Jego twarz już nie żyje,  rybie oczy dają znać, że wszystko nie zdążyło być opowiedziane, a nogi idą nienaoliwionym automatem. Nie zgadzam się na to.
Jest tramwaj.  Czekam, aż pan podejmie decyzję, że potrafi wejść. Inni ludzie już siedzą w środku, solę to i czekam, nic innego się nie liczy. Jeden schodek zaliczony, drugi – pan podejmuje próbę  kilkakrotną, bo lewa noga nie nadąża za chceniem. Podejmuję nieruchliwe ramię  uważnie, żeby nie naruszyć eksponatu. Noga przystała na naszą współpracę.
Ruszamy, a ja nie zdążyłam zapiąć pasa bezpieczeństwa, książkę trzymam na kolanach. Pani: - Jadę na operację, tym tramwajem dojadę do szpitala? Dojadę, bo tamtym, to nie, nie? A na operacji się umiera. Życie jest piękne. Mój kolega umarł na operacji, no, a trzeba się cieszyć. Ten zegarek to nie…to on za 25zł. był, ten właśnie, tylko 25 zł., a wygląda szpanersko, nie? 
Idę do roboty. Za niewinność rzecz jasna. Ochrona zdrowia wpycha mnie w ten stupor. Nadzieją jest spacerniak. Fajka za fajką daje chwilę ukojenia, można nabrać świeżego wrażenia, posłuchać szumu ludzi i śpiewu robót drogowych.
Jest też obiad, podają kalafior z kalafiorem, jak sobie ugotujesz. Przesolony kalafior wsuwam, aż mi się uszy trzęsą, bo wtedy zawsze mnie wołają, że czeka na mnie jakiś pacjent. Ale ja nikogo nie zapraszam, co za gość chce mnie dręczyć? Jest gorąco, pocę się i muszę dostarczyć sobie soli, potrzebuje objawionego kalafiora.
- Siostro, proszę podać mi ciszę. Gdzie jest cisza, ja się pytam. 
Za dużo odpowiedzi, już nie pytam i nie odpowiadam, udaję, że nie wiem o co chodzi.
- Siostro, czemu tak tu cicho? 
Cisza miażdży mi uszy, a na perspektywę spacerniaka moje gardło patrzy wymiotnie. Ten stół jest zasyfiony. Cisza zmniejsza moją tolerancję na bród. Kto zostawił tutaj ten paproch, ja się pytam.
Chcę czytać, a w gabinecie są tylko niedokończone książki. Tak, odzywa się mój lęk przed przeczytaniem czegoś do końca, ukończeniem tego, co stało się cząstkom mnie. Zamykam książkę na tej symbolicznej stronie 100, bo wiem, że ów tekst posiada 111 stron i już za chwilkę będę pozbawiona szansy głuchego dialogu z autorem. Rzucam książkę jak poparzona, gdy uświadamiam sobie, że na końcu jest jeszcze bibliografia. Tak wiele pytań, a autor bezczelnie  stawia kropkę.
- Pani, nie rusza się, się nie wierci i odłoży ten budzik. Uparta jak osioł.
- Siostro, dokopię pani  dzisiaj w kości, jedynki będą wypadały.