Egalitę obudziły dziwne nawoływania z pola, które jak duchy przodkiń dudnią w jej głowie co ranek. Chcąc wyplewić pokojowe nietoperze z łóżka i zagnać ku tym za oknem, wyjęła jawną broń – czosnek. Takie betowe waście wstają wtedy z trumien i w emocjonalnym szale otwierają wszystkie okna, by ugasić ogień – woń czosnku jest dla nich gorsza niż dym tytoniowy.
Złuda wolności przyciąga inne ku innym, jednak próba na przepyszne skrzyżowanie światów zawodzi, gdy każdy ze ssaków trafia na własną ścianę ograniczeń. Następuje chaos i światłość się staje, a wschodzące słońce wymierza gadającym głową ocucającego plaskacza, ale to czosnek sprawia, że domagają się resuscytacji.
Odetkawszy otwory różnych rzeczywistości Egalita zabiera swój moderunek do konsumpcji, bo spłoszone demony już gnają w poszukiwaniu świeżego powietrza do swoich czeluści.