czwartek, 11 sierpnia 2011

wtorek, 9 sierpnia 2011

niemoc? prze... - moc!

jeszcze zrzuca mnie  rower na plecy
1
2
3
puścił

dętka nie spełniła swojego zadania
zrzucam rower na plecy

w windzie nie ma światła
pragnienie zjechania przezwycięża te oczernienie
wciskam parter
1
2
3
4
5
składam ręce ruszyła

osiemnaste stop
winda w takim momencie nie ma alibi na swoją przedmiotowość

podskakuję wyciskając wszystkie soki z cebulek moich włosów
amortyzacja siłą woli zatykam uszy
pod ciężarem paznokci winda zsuwa się rytmicznie

parter
nie

temperatura daje mi znać że muszę być na siódmym
winda w takim momencie ma słabe alibi daje znać że nie jest kalkulatorem

widzicie „wyposażenie pilotowo-nawigacyjne”

naciskam minus siódme
3

2

1
drzwi się otworzyły

nos na mnie krwawi i szczeka

podnoszę go i przytulam

pomagając powstać plecom

słyszę jak kręgi wskakują na swoje miejsca

zawsze uspokojona tym chrząkaniem próbuję odetkać oczy

powieki są zbyt ciężkie

wierzę że niebo istnieje



miszmasza, 2008

sobota, 6 sierpnia 2011

początek nieśmiałej próby uchwycenia transgeneracyjnego przekazu traumy Holocaustu i tożsamości drugiego i trzeciego pokolenia

Los padł na mnie. Mogę skończyć jakkolwiek bądź, bo cała ta historia jest już rozpoczęta. Tego stłumić się nie da.
Stanisław Ignacy Witkiewicz, Matka

Moja mama jest wcześniakiem - somatycznym objawem wyparcia samotności mojej babci. Wypchana na świat przez historię, która rozpaczliwie czegoś się od niej domagała. Nikt nie wiedział skąd się wzięła, bo babcia uznawana była za bezpłodną, a będąc z mamą w ciąży nie miała brzucha, ponieważ cały środek ciężkości przenosiła w swojej głowie. Mama dostałam go w prezencie na swoje pierwsze urodziny, zapakowany w mleko swojej matki.
Po tym mleku zawsze miała głośną czkawkę, od której ludzie głuchli. Z lęku przed niszczeniem potencjalnych słuchaczy zaprzestała przyjmowania tego pokarmu. Została uznana za niejadka.
Nikt nie rozumiał jej pierwszych słów, jak mówiła „holokaust” - wszyscy ją przedrzeźniali, mówili: „ga-ga gi-gi”. Wtedy dziadek postanowił, że nauczy mamę mówić:
- Powiedz ta-ta
- ta-ma
- powiedz ma-ma
- ma-ta.
Babcia jest niemową. Podobno dziadek kiedyś włożył jej smoczek do ust. Babci milczenie chroniło świat.
Nikt nie wiedział kim jest moja mama. W szkole dostała zadanie domowe, żeby narysować swoje drzewo genealogiczne. Dzieci pokazywały rysunki swoich drzew, moja mama zakrywała swoją naszkicowaną gałązkę i śpiewała: Zasadzę własne drzewo. Koniec z huśtaniem się na obcych gałęziach! Powiem: moje drzewo-moje zasady.
Od dziecka byłam przekonana, że jeśli dorosnę, to będę bezpłodna, więc planowałam, że jak dożyję dorosłości, to zaadoptuję dzieci.
Często śniło mi się, że mnie zabijają, klękam na kolana tyłem do uzbrojonych w karabiny oprawców, splatam ręce z tyłu głowy, a oni we mnie strzelają.
Zawsze czułam, że w moim ciele tkwi nowotwór, jakaś nieujawniona tajemnica, która powoli mnie zabija. Prosiłam mamę, żeby mi ją ujawniła. Obiecywałam, że nie będę jak Eris - jabłuszko schowam grzecznie do szuflady.
Na 13-ste urodziny dostałam od mamy prezent - matrycę do budowania opowieści o sobie i o świecie. Odpakowała naszą „historię – nie historię”, tajemnicę o naszym żydowskim pochodzeniu i doświadczeniu Holokaustu przez moją babcię.
Stanęłam tym razem z mamą wobec milionów pomordowanych, zagazowanych i zagłodzonych, wśród których byli nasi bliscy, których już nie ma, a których brak czujemy od zawsze.
Czasem sobie powtarzam: Mamy własne drzewo. Koniec z huśtaniem się na obcych gałęziach.